17 grudnia 2006 nr 50 (815)          http://www.wiesci.com.pl/?f=xml/200650.xml&p=2

 


Życie jak paciorki różańca

Będzie kontynuowana budowa kaplicy przy Szpitalu Powiatowym
w Wołominie, czy też nie będzie?
Pisaliśmy już w Wieściach o księdzu Piotrze Krasuskim, kapelanie wołomińskiego szpitala, wielkim zwolenniku budowy przyszpitalnej kaplicy. Ta budowa, kaplicy wraz z łącznikiem, została szumnie rozpoczęta, a potem jakby zwolniła, wręcz zamarła. Szczególnie niepewne są dalsze losy kaplicy. Budowa na terenie szpitala kaplicy ma tyle samo zwolenników, co zagorzałych przeciwników i osób całkowicie obojętnych. O ile łącznik między dwoma budynkami szpitala finansuje starostwo, o tyle dalszej budowy kaplicy nie ma kto finansować. Jeśli spełnią się czarne przewidywania, to budowę szpitalnej świątyni trzeba będzie finansować ze społecznych datków, co znacznie odwlecze czas jej zakończenia.
Budowa nowej kaplicy jest konieczna, bo ta obecna jest zdecydowanie za mała i nie mieści wszystkich uczestniczących we mszy. Zamieszczone poniżej historie najdobitniej świadczą o potrzebie w szpitalu zarówno księdza, jak i kaplicy. Historie o cierpieniu, o samotności, ale również o nadziei, jaką może dać tylko modlitwa.
Najbardziej boli zapomnienie
Pani Zofia leżała na chirurgii. Przeszła operację na woreczek żółciowy. Szwy nie bardzo się goiły, może przyczyną był podeszły wiek, a może cukrzyca. W każdym razie jej pobyt w szpitalu bardzo się przedłużał. Często ją odwiedzałem, prosiła o Komunię, czasami zatrzymywałem się na dłuższą pogawędkę z nią. I pamiętam, jak za którymś razem zapytałem, czy nadal bardzo bolą ją szwy. I wtedy pani Zofia powiedziała:
- Proszę księdza, szwy bolą, to jest normalne. Ale o ile więcej boli to, że o mnie zapomniano. Przecież ja mieszkam za torami, to jest tak niedaleko. Tu leżę już prawie dwa tygodnie, a nikt z moich najbliższych nie zaszedł do mnie. Ja mam troje dzieci, wnuki i nawet prawnuczkę. Kiedy tu leżę i myślę, że tak jest, aż nie chce się wracać do domu, bo i po co? Byłam tam odwiedzana tylko dlatego, że byłam wtedy potrzebna. Bo dzieci popilnowałam, bo dałam jakiś grosz. A teraz? A teraz okazało się, że nie mam rodziny i to boli najbardziej.
Już umieram, czy co?
Niedawno robiłem takie małe zestawienie z mojej posługi w szpitalu w Wołominie. Wyliczyłem, że średnio każdego miesiąca roznoszę około 1200 Komunii. Liczę tylko komunikanty w całości, bo bardzo często zdarza się, że chorym po operacjach, czy takim, którzy mają trudność z przełykaniem, dzielę komunikant na małe kawałeczki. Więc tych rzeczywistych Komunii jest o 200 więcej. Szpital liczy 320 łóżek, warto więc zwrócić uwagę, iluż chorych karmi się Ciałem Pana Jezusa. Iluż z nich mówi mi: - Proszę księdza, jak to dobrze, że mamy możliwość przyjmowania Komunii Św., jak łatwiej nam tutaj być i trwać w tej chorobie, ileż dzięki temu mamy więcej sił. Jakiż Bóg jest dobry, że sam, osobiście, przychodzi do nas.
Smutne, że zdarzają się i takie głosy, kiedy pytam, czy ktoś w sali chce przyjąć Pana Jezusa? - A co? Już tak źle ze mną? Już umieram, czy co? Niech mi ksiądz nie przeszkadza, nie widzi ksiądz, że źle się czuję, a ksiądz mi z jakąś Komunią wyjeżdża. Może innym razem.
Syn odpłacił mi pięścią
Na chirurgii spotkałem pewnego razu panią, która leżała nieprzytomna, udzieliłem jej namaszczenia. Potem troszkę próbowałem wypytać panie pielęgniarki, czy nie wiedzą, kto to jest, czy może była jakaś rodzina. Okazało się, że nikogo u niej nie było, że najprawdopodobniej została pobita. Dopiero po kilku dniach doszła do siebie, mogła troszkę mówić. Kiedy patrzyłem na posiniaczoną twarz, przechodziły mnie ciarki. Pewnego razu sama zagadnęła: - Pewnie ksiądz próbuje się domyślić, co mi się stało? Ano to mój syn, za moją miłość, dobroć, za to, że go urodziłam, wychowałam, że tyle miałam dla niego serca, tak odpłacił mi się pięścią, bijąc, gdzie popadnie.
A potem już tylko śmierć
Czasami rozmawiam z różnymi osobami, które zadają mi pytanie: Czy ciężka jest posługa kapelana w szpitalu? Nie jest łatwa, na pewno inna niż praca na zwykłej parafii, ale jakże konieczna.
Pamiętam, jak kiedyś jedna z pań pielęgniarek powiedziała:
- Jak to jest proszę księdza? Często, gdy ksiądz przychodzi z Namaszczeniem Chorych do jakiegoś pacjenta, jego stan się poprawia.
- Czy ktoś wyzdrowieje, o tym decyduje Bóg. Z pewnością Sakrament Chorych ma na celu pomoc w uzdrowieniu ciała, ale przede wszystkim w odzyskaniu zdrowia duszy.
Dziwi to, że ludzie czasami boją się tego sakramentu, że gdzieś mają zakodowane, iż jest to ostatni sakrament, a potem to już musi być tylko śmierć. A przecież wcale tak nie jest.
Czemu muszę cierpieć?
Zamieszczone historie ludzkiego życia pochodzą z książki ks. Piotra Krasuskiego "Różaniec siłą w cierpieniu". To wyjątkowa lektura, która próbuje odpowiedzieć na pytanie: "czemu muszę cierpieć?" To refleksje o tym, jak inni radzą sobie z chorobą, jak możemy uczyć się od nich dźwigania krzyża. Autor rozważa tajemnice różańcowe na przykładzie prawdziwych, ludzkich losów, porównując życie do paciorków różańca. Bo przecież:
"Każdemu z nas może przytrafić się choroba własna, czy kogoś bliskiego. Czasami cierpienie, ból, krzyż, który nas dotyka, przytłacza tak mocno, że zapominamy o sprawach naszego wnętrza. Człowiek nastawia się wtedy na ratowanie ciała, leczenie choroby, a pomija sprawy duchowe, które są nie mniej ważne. (...) Nie bójmy się w takiej chwili zaprosić księdza z posługą. Jakoś nieszczęśliwie utarło się w naszej mentalności, że ksiądz wzywany do chorego oznacza rychłą śmierć cierpiącej osoby. Nic bardziej mylnego.
Nie zapominajmy o zapleczu duchowym dla naszych bliskich. Msza św. odprawiona za ich powrót do zdrowia jest najpiękniejszym darem, jaki możemy im złożyć. Nasze modlitwy, wyrzeczenia, dobre uczynki zanoszone w ich intencjach wypraszają i dla nas i dla nich potrzebne łaski.
Nasze życie jak paciorki różańca przesuwa się powoli, z każdą chwilą zbliżamy się do kresu istnienia na tym świecie, by przejść przez bramę śmierci do innej rzeczywistości."
A.B.                              http://www.wiesci.com.pl/?f=xml/200650.xml&p=2