19 lutego 2006 nr 7 (772)         http://www.wiesci.com.pl/?f=xml/200607.xml&p=1

 


Nie da się zrzucić krzyża

Często chorzy pytają: dlaczego akurat mnie to spotkało?
I wtedy ksiądz Piotr przyznaje: - Nie wiem, nie umiem
odpowiedzieć na pytanie, dlaczego człowiek cierpi.
Zanim ks. Piotr Krasuski został kapelanem szpitala w Wołominie, wydawało mu się, że szpitale nie mają przed nim żadnych tajemnic. W szpitalu pracowali rodzice, brat jest lekarzem, kilka osób z rodziny również zajmuje się medycyną. A jednak, nie zdawał sobie sprawy, że praca kapelana jest taka ciężka.
W jaki sposób zostaje się kapelanem szpitala? Ksiądz Piotr uważa, że w jego przypadku zadecydowało to, że... sam jest chory.
- Jeszcze niedawno chodziłem o kulach, na szczęście już idzie ku dobremu, choć są dni, kiedy jest mi bardzo ciężko. Ale może dzięki temu jest mi łatwiej nawiązać kontakt z chorymi, łatwiej zrozumieć. Znam przecież niejeden szpital od strony pacjenta. Dlatego powiedziałem biskupowi: spróbuję, zobaczę, czy dam radę.
Ksiądz Piotr jest kapelanem już czwarty miesiąc. Jest w szpitalu codziennie, każdego dnia odwiedza inny oddział, odprawia mszę, spowiada, pociesza, rozmawia, udziela namaszczeń. Jest potrzebny chorym.
Nigdy nie wiadomo, kiedy jest ostatnie
PONIEDZIAŁEK to dzień wolny, w szpitalnej kaplicy nie ma mszy. Ale nie jest to dzień tak zupełnie wolny, bowiem wezwany do chorego ksiądz natychmiast wsiada w samochód i jedzie do szpitala. To tak zwane nagłe przypadki, kiedy dzwoni rodzina, bywa, że w środku nocy i prosi o pilny przyjazd, bo stan zdrowia chorego znacznie się pogorszył. Najczęściej dotyczy to pacjentów OIOM-u, neurologii i interny.
Ksiądz Piotr jedzie, ale martwi się, że ludzie tak bardzo odwlekają decyzję o sakramencie namaszczenia.
- Ta kapłańska przysługa często ma złe skojarzenie, mówi się "ostatnie namaszczenie". A przecież już dokumenty soborowe z końca lat 60. nie używają określenia "ostatnie namaszczenie", bo nigdy nie wiadomo, czy jest ono ostatnie.

Ten temat ksiądz Piotr często porusza w czasie rekolekcji. Tłumaczy, że jeśli w domu jest starszy człowiek, to powinien mieć kontakt z księdzem. Częstokroć ludzie tak przyzwyczajają się do comiesięcznej wizyty, że czekają na księdza, jak na dobrego znajomego. Zarówno w domu, jak i w szpitalu, trzeba zadbać nie tylko o fizyczne, ale i o psychiczne zdrowie chorego. Gdy brakuje spokoju wewnętrznego, cierpienie jest jeszcze większe.

Kapelan opowiada
taką historię:
- Na oddziale chorób wewnętrznych leżała pacjentka, u której byłem kilka razy z komunią św. Pewnego dnia powiedziała: "A może jeszcze ksiądz udzieli ostatniego namaszczenia." W chwilę później, gdy już wychodziłem z sali, dwa razy głośno westchnęła i zmarła. Takiej śmierci sam sobie bym życzył.
Dlaczego mnie to spotkało?
WTOREK - ks. Piotr jest na pierwszym piętrze szpitala, na OIOM-ie (na tym oddziale jest zresztą prawie codziennie), następnie odwiedza chorych z II piętra, z neurologii i okulistyki.
- Trzeba przyznać, że neurologia to oddział świetnie zarządzany, widać zaangażowanie lekarzy i pielęgniarek. Ale to właśnie tutaj jestem najbardziej przygnębiony, czuję największą bezsilność. Często pacjenci leżą jak roślinki bez żadnego kontaktu, a przy łóżku rodzina, wciąż z nadzieją, że chory z tego wyjdzie, że będzie taki jak dawniej. Okulistyka też jest bardzo chwalona, pacjenci przyjeżdżają tutaj z daleka. Kiedyś rozmawiałem z kobietą, która traciła wzrok. Była na oddziale kilka tygodni, z dnia na dzień widziała coraz słabiej. Dopóki trochę widziała, była bardzo aktywna, pomagała niewidzącym pacjentom, zajmowała się nimi. Gdy już całkiem straciła wzrok, przyznała, że wewnętrznie zupełnie nie może sobie z tym poradzić. Że już nigdy nie zobaczy swoich bliskich, że już nic nie zobaczy.
Czy w ogóle można w szpitalu spotkać kogoś, kto radzi sobie z chorobą, kto jest przygotowany na cierpienie?
- O tak. Jeśli ktoś mocno wierzy, myśli o Jezusie cierpiącym, niosącym krzyż, wtedy łatwiej mu znieść własne cierpienie. Spotkałem niespełna czterdziestoletnią kobietę chorującą na zanik mięśni. Nie mogła już chodzić, a zawsze była pogodna, uśmiechnięta. Podziwiałem ją, że tak świetnie sobie radzi. Powiedziała mi wtedy: to, że cierpię, nie jest dla mnie żadnym problemem. Czym jest moje cierpienie wobec tego, czego doświadczają inni chorzy. Jeśli taka osoba trafi się na szpitalnej sali, jest to prawdziwy skarb.
Bo znacznie częściej chorzy pytają, niemal z pretensją: dlaczego akurat mnie to spotkało? I wtedy ksiądz Piotr przyznaje:
- Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego człowiek cierpi.
Po chwili dodaje: - Skoro nie można cierpienia odsunąć od siebie, nie da się tego krzyża zrzucić, to trzeba umieć je zaakceptować. Każde nasze cierpienie może się do czegoś przyczynić, może stać się ofiarą, jeśli ofiarujemy je na przykład w intencji brata alkoholika.
Co jest po tamtej stronie?
ŚRODA - ten dzień jest cały przeznaczony dla pacjentów oddziału chorób wewnętrznych, tych z "małego" budynku.
- Wychodzę stąd przygnębiony, zarówno w stacji dializ, jak i internie są ciężkie przypadki. Rzadko trafia tutaj ktoś z małymi kłopotami, na ogół są to ciężko chorzy ludzie.
Dawniej często proszono Boga, by zachował od nagłej i niespodziewanej śmierci. Teraz raczej wolimy odchodzić z tego świata szybko i bezboleśnie. Jednak taka śmierć jest udziałem nielicznych. Większość, z powodu chorób przewlekłych i starości, umiera powoli.
Jak rozmawiać o umieraniu, skoro nigdzie tego nie uczą? Czy lepsza jest prawda, choćby najbardziej przerażająca, czy też optymistyczne kłamstwo dające nadzieję. Kodeks etyki lekarskiej mówi jasno, że na żądanie pacjenta należy mu udzielić informacji. Ksiądz Piotr uważa, że owszem, nadzieja jest potrzebna, ale nie można przed chorym ukrywać prawdy.
- Rodzinie również powinno mówić się prawdę, wtedy powoli się z nią oswaja. Tymczasem lekarze zapewniają, że wszystko jest dobrze, że stan zdrowia się poprawił, a tutaj nagle chory umiera. I wtedy jest szok.
Zadaniem księdza Piotra jest przygotowanie do świadomego przejścia na tamtą stronę. Tylko, co jest po tamtej stronie?
- Proszę księdza, czy ksiądz myśli, że tam naprawdę będzie szczęście, że nie będę cierpiał - pytają chorzy swojego kapelana. - Ludzie szukają potwierdzenia dla swojej nadziei, mówią: tutaj się namordowałem, teraz czas na odpoczynek.
Nikt nie wie, jak tam będzie, ale jeśli nasze życie miałoby się kończyć śmiercią, to byłoby bez sensu.
Ale takich rozmów nie ma dużo, każdy stara się żyć teraźniejszością. Czasami bardziej niż ta nadchodząca śmierć boli to, że stary człowiek już drugi tydzień leży w szpitalu, a jeszcze nikt go nie odwiedził, ani dzieci, ani wnuki, jakby już o nim zapomnieli.
Środę w szpitalu kończy Nowenna do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Przychodzą na nią licznie, chorzy, ich rodziny i personel szpitala.
Nie trzeba udawać mędrca
CZWARTEK - trzecie i czwarte piętro. Najpierw kapelan zagląda na położnictwo. Bywa tu chętnie, bo właśnie tutaj jest najwięcej radości z nowego życia. Cieszy się z każdych narodzin, błogosławi i gratuluje. Choć niekiedy i tutaj spotyka się ze śmiercią.
- To było niedawno, kobieta urodziła swoje pierwsze dziecko, które kilka minut później zmarło. Pytała mnie - dlaczego? Nie da się odpowiedzieć, ani wytłumaczyć, można tylko wziąć za rękę i razem zapłakać. W takich momentach nie trzeba udawać mędrca, wystarczy być razem i współczuć.
Czy nikt jeszcze nie powiedział ks. Piotrowi, że za młody, że niedoświadczony, co on tam może wiedzieć o cierpieniu.
-
Nikt nie powiedział, ale nieraz mam takie odczucie, że pacjenci tak myślą. Tego doświadczenia z czasem nabiorę, a teraz wkładam w swoje zajęcie dużo serca, żeby nie usłyszeć: o, przyszedł ksiądz prawić kazania. A ja nie chcę moralizować, chcę zwyczajnie przebywać i rozmawiać z chorymi, chcę być widoczny, żeby ta sutanna gdzieś po szpitalu się szwendała. Każdemu choremu poświęcam tyle czasu, ile zechce. Jeden musi opowiedzieć całe długie życie, drugi ledwie wyszepta kilka słów, a jeszcze inny śpieszy się na zabieg. Nie ma żadnej reguły.
W czwartek ksiądz odwiedza również ortopedię i oddział dziecięcy.
Strach przed rozliczeniem z życia
PIĄTEK - piąte piętro: chirurgia i oddział chorób wewnętrznych.
- Chirurgię odwiedzam bardzo chętnie, wizualnie to jeden z przyjemniejszych oddziałów, personel też jest bardzo miły. Tutaj bodajże ten kontakt jest najlepszy, pielęgniarki pytają, co robić, gdy stan pacjenta jest już bardzo ciężki, potrafią też zasugerować rodzinie, że warto zadzwonić po księdza.
Czego najbardziej boją się chorzy? Ci, którzy już przeczuwają swoją śmierć, którzy nie mają siły dłużej walczyć o życie.
- Boją się nie tyle samego momentu śmierci, większym problemem są wyrzuty sumienia, że się komuś wyrządziło krzywdę, strach przed rozliczeniem z całego życia. Niektórzy niepokoją się o bliskich, których pozostawią, o to, czy zdążą się z nimi pożegnać, myślą o sprawach, które zostaną niedokończone.
Kiedyś pewien mężczyzna opowiadał mi, że żona odwiedziła go w szpitalu i on chciał jej koniecznie powiedzieć coś miłego. "Wiesz, jestem z ciebie zadowolony, pomogłaś mi dobrze dzieci wychować, wykształcić." I wtedy usłyszał od żony: "Ale ja nie jestem z ciebie zadowolona". Ten mężczyzna mówił mi później, jak bardzo zabolały go te słowa, jak długo myślał, co ja takiego zrobiłem, że w szpitalu usłyszałem coś takiego.
Bał się, że ksiądz skrzyczy
SOBOTA - kapelan ponownie odwiedza chorych z małego budynku interny.
Śmierć, która nie przychodzi nagle, daje szansę ostatniej spowiedzi. Ale, gdy ksiądz Piotr odwiedza chorych, nigdy nie nawraca, ani nie modli się na siłę. - Kiedy jestem pierwszy raz wśród nowych chorych, to rozmawiam, ale nie mówię o sakramentach. Jeśli ktoś nie chce, nie nalegam.
Czy odmawiają?
- Tak i wcale mnie to nie dziwi, nie pytam o przyczynę, nie chcę się narzucać. Kiedyś na internie podszedłem do chorego, był to człowiek niewidomy, o czym nie wiedziałem. Chwilę porozmawiałem, zapytałem, od jak dawna w szpitalu, czy bardzo boli, a może chciałby przyjąć komunię.
- A kto ty jesteś? - zapytał chory.
- Ksiądz. Nie widać?
- Nie widać, bo ja nic nie widzę. Ty taki owaki, przyszedłeś mnie już pogrzebać - wspomina ksiądz Piotr.
Niektórzy mówią, że z Kościołem od dawna nie mają nic wspólnego, ale porozmawiać mogą.
- Zaczynamy rozmawiać i nagle o spowiedź prosi ktoś, kto ostatni raz u spowiedzi był na własnym ślubie, czterdzieści lat temu. Kiedy trwoga, to do Boga myślę, ale nie, okazuje się, że ten mężczyzna od dawna myślał o pojednaniu z Bogiem, tylko bał się, że ksiądz skrzyczy, że nie da rozgrzeszenia. Zdarzają się takie przypadki, którymi najpierw jestem zszokowany, a potem się cieszę, że pomogłem, że udało się coś zmienić.
Na ostatnią spowiedź ksiądz Piotr poświęca dużo czasu, bywa ona przecież spowiedzią z całego życia. Wracają problemy z przeszłości, te, które najbardziej bolą. Chorzy mówią, że z pewnych spraw już wielokrotnie się spowiadali, a one wciąż powracają, wciąż dokuczają.
W szpitalu jest taki ksiądz
NIEDZIELA - w kaplicy szpitalnej odprawiane są dwie msze, poza tym ks. Piotr ma "obchód" całego dużego budynku.
Czasami wchodzi na salę, a tu ktoś, z kim niedawno rozmawiał, leży zawinięty prześcieradłem.
- Wtedy czuję smutek i ból, tak samo przeżywam każdą śmierć.
Ale częściej podopieczni kapelana zdrowieją i wychodzą ze szpitala. Później spotykają swojego księdza na ulicy albo w sklepie i dziękują za to, że był przy nich w trudnych chwilach.
- Albo słyszę gdzieś rozmowę, że w szpitalu jest taki ksiądz, który powie krzepiące słowo, poprawi poduszkę, posłucha biadolenia.
Czasami chorym tyle wystarczy. Świadomość, że obok jest ktoś życzliwy i wyrozumiały, kto weźmie za rękę i odpędzi lęk przed tamtą stroną.

Agata Bochenek

http://www.wiesci.com.pl/?f=xml/200607.xml&p=1